świadectwa
Powstań! Świeć, bo przyszło twe światło

Piesza pielgrzymka jest fascynującym czasem rekolekcji w drodze. To czas zbliżenia się do Pana Boga, ale również poznania samego siebie. To czas pokory i wielu przemyśleń
dotyczących życia.
Tegoroczna pielgrzymka była moją drugą w życiu. Tak naprawdę nie planowałam tego. Miałam iść do pracy na cały sierpień, ale plany się trochę pozmieniały. Na Salwatoriańskim
Forum Młodych znajomi zaczęli mnie namawiać, żebym poszła. Na początku nawet nie chciałam o tym myśleć. Dopiero z czasem zaczęłam się pytać samej siebie: „Czemu nie?
Czemu nie pójść i nie przemyśleć kilku rzeczy, zbliżyć się do Pana Boga?”
Ostatnie miesiące były dla mnie bardzo ciężkie. Przez zabiegany styl życia trochę zaniedbałam relacje z rodziną, znajomymi ale przede wszystkim z Bogiem. Myślałam, że na
Forum wszystko uda mi się poukładać, naładuję baterię i wszystko będzie super. Trochę tak było, ale cały czas coś mi siedziało z tyłu głowy. Po powrocie nie mogłam się odnaleźć, było mi strasznie źle i ciągle jakby mi czegoś brakowało. Co najgorsze nie potrafiłam dojść do tego, co się ze mną dzieje. Coś mnie blokowało do tego stopnia, że nie mogłam płakać.
Zbierałam wszystko w sobie i czułam, że zaraz coś mnie rozsadzi od środka. Dlatego w pewnym momencie naprawdę ucieszyłam się zbliżającą pielgrzymką. Stwierdziłam, że to
będzie taki czas dla mnie i Pana Boga. Będę iść sama, przemyślę sobie kilka rzeczy, pomodlę się i może będzie lepiej. Pan Bóg chyba miał dla mnie trochę inny plan. Za każdym razem kiedy czułam, że muszę być sama ktoś do mnie podchodził i zagadywał. W głębi duszy się śmiałam i mówiłam: „Dobrze skoro to ma być dla mnie najlepsze to spoko”.
Pierwsze dni były cudowne. Wspaniali, kochani ludzie, z którymi ta droga była dużo łatwiejsza. Obecność Pana Boga była wyczuwalna na każdym kroku, w każdym człowieku.
Po pewnym czasie pojawił się kryzys. Malutka kontuzja stopy, przez którą każdy krok był trudniejszy. Kulminacja nadeszła w przedostatnim dniu. Zbieraliśmy się z noclegu w Borze Zapilskim. Ten dzień już od pobudki był dla mnie ciężki. Sama nie wiem dlaczego. Na pewno zmęczenie już dawało o sobie znać, a ja po prostu nie mogłam się ogarnąć. Czułam ból fizyczny, ale chyba bardziej zaczęłam podupadać psychicznie. Jedna głupia sytuacja sprawiła, że najnormalniej zaczęłam płakać. Coś, czego nie mogłam zrobić przez ostatnie tygodnie. Trochę się tego nazbierało przez ten czas więc nie mogłam przestać.
Ósemka tego dnia wychodziła jako pierwsza. Ja przez swój nie ogar zostałam lekko z tyłu i musiałam ich gonić. Przez ponad połowę pierwszego etapu szłam w 1 grupie (pokutnej). To było ciekawe doświadczenie i chyba bardzo mi potrzebne. Trochę się uspokoiłam, ale wiedziałam, że jak tylko ktoś mnie zapyta czy wszystko dobrze, to znowu zacznę ryczeć.
Dlatego założyłam okulary przeciwsłoneczne (o 6 rano), żeby nie rzucać się w oczy i stwierdziłam, że mimo wszystko ich dogonię. Wiedziałam, że to nie będzie łatwe, bo ból był
niewyobrażalny. Udało mi się i teraz jedyne o czym myślałam, to jak najszybciej dotrzeć do postoju.
Kiedy doszliśmy już do lasu, poczułam lekką ulgę. Zaczęłam opatrywać mojego obolałego palca i mimowolnie zaczęły mi lecieć łzy z oczu. Myślałam, że naprawdę już nie dam rady i
do Częstochowy będę musiała dotrzeć trupiarką. Nie chciałam tego, ale po prostu już kompletnie straciłam wiarę w siebie. Miałam ochotę położyć się w tym lesie i już nie
wstawać. Wtedy moje kochane Gromnice zaczęły mnie pocieszać i przytulać. Nie wytrzymałam. Płakałam i płakałam z tej totalnej bezradności. Powiedziały mi wtedy: „Magda
spokojnie, wypłacz się, zobaczysz to Cię oczyści. My będziemy się za ciebie modlić”

Posłuchałam i stwierdziłam, że oddam to wszystko Bogu. Akuratnie miała odbyć się Msza Św. Więc był to idealny moment dla mnie. Po mszy klęczałam jeszcze przez chwilę, modliłam się i pytałam: „Panie Boże, co do mnie mówisz? Czego oczekujesz? Wiem, że ostatnio było ciężko, ale ja nic nie rozumiem.” Wtedy coś mnie jakby tknęło i pomyślałam, że wylosuje cytat z Pisma Św. Kiedy go przeczytałam, pierwszy raz tego dnia szczerze się uśmiechnęłam. Brzmiał on tak: „Powstań! Świeć, bo przyszło twe światło i chwała Pańska rozbłysła nad tobą! Iz 60,1. Klęczałam tak jeszcze przez chwilę i jakby wszystko ze mnie zeszło. Poczułam straszną ulgę! Wiedziałam, że ten cytat dotyczy nie tylko tego momentu, ale całego mojego dotychczasowego życia. Poczułam, że to coś czego mi brakowało. A w sumie nie coś tylko ktoś, Bóg. To Jego mi cały czas brakowało, bliskiej relacji z Nim. Reszta drogi do Częstochowy była lekka jak nigdy i dotarłam tam z uśmiechem na twarzy.
Ten czas dla mnie to kolejna lekcja pokory i utwierdzenia się w tym, że modlitwa działa cuda! Nie wierzę w przypadki. Tak miało być, miałam nie dostać pracy tylko pójść na
pielgrzymkę. Spotkać tych wszystkich wspaniałych ludzi a przede wszystkim Pana Boga.
Teraz czuje ogromną bliskość z Nim, większą niż zwykle. Poczułam sens życia i wiem, że więcej nie chce tego stracić, bo życie bez Boga jest okropne i puste.