Nasze relacje

Weekend w Karpaczu

12.05.2017 | Michał Porębski

Pochmurne niebo. Budziki ustawione przez dwie osoby? To nic nie da i tak nie wstanie się w tedy kiedy się chce. Potem 15 minut drogi z plecakami na przestanek. 1,5h jazdy ze świetnymi kierowcami, jutrznia po drodze i jesteśmy w górach.

Szybko zadecydowaliśmy, że pójdziemy na Śnieżkę. Po drodze znajduje się świątynia Wang, w której znajduje się jednak trochę stalowych gwoździ, ale pomimo tych niedociągnięć zachwycająca swym niecodziennym wyglądem.

Za świątynią kończy się asfalt, wchodzimy do Parku. Anita próbuje uczyć księży nordicwalkingu, jak się potem okazało z dobrym skutkiem. Droga przez Park, mimo że stale pod górę to jednak piękna. Napotykamy pierwsze ostańce skalne zwane „Pielgrzymami” na które chwilę później się wspinamy.

Co poniektórzy próbują naśladować małpy (lub inne zwierzęta skaczące po skałach) i udaje im się to nad wyraz sprawnie. Wszyscy są w doskonałych humorach, więc chwilę później leci pierwsza śnieżka. Niestety ja zacząłem, więc nie skończyło się to dla mnie bez jakiejkolwiek zapłaty, ale i tak było warto. Niestety im wyżej wychodzimy, tym większa mgła panuje dookoła, więc z widoków nici. Idąc nad krawędzią przepaści widzimy biel i to wszystko. Przy okazji próbujemy wspólnymi siłami zrobić zapory śniegowe na kilku pobliskich strumieniach. Pod Śnieżką spotykamy przewodnika górskiego, który lituje się nad zbłąkanymi owieczkami i daje nam mapę (mamy już jedną) oraz kilka przewodników po jak sobie wtedy przypominam Karkonoskim Parku Narodowym.

Postój w schronisku pod Śnieżką musi być, jemy frytki i smażony ser Księdza Anioła. Po posiłku czas na wspinaczkę na Śnieżkę, gdzie na szczycie chmury odsłaniają trochę pięknych widoków, niestety tylko na stronę Czeską, Polski nie widać. A potem rozpoczyna się drugi etap wyjścia w góry, czyli schodzenie. Trochę zbiegając, trochę schodząc, a trochę się ślizgając schodzimy powoli na dół. Po drodze modlimy się koronkę. Wszyscy są trochę zmęczeni, więc po powrocie do miejsca noclegowego bierzemy szybki prysznic i ruszamy na mszę. Daleko nie mamy, bo kaplica znajduje się na poddaszu. Po wspólnej modlitwie przygotowujemy grilla. Ksiądz Maciek bierze sprawy w swoje ręce, jeśli chodzi o samo grillowanie, ale również w międzyczasie gra na gitarze i organizuje konkurs, która połowa stołu lepiej zaśpiewa wybrany przez siebie kawałek. Po jakimś czasie dołącza się do nas nasz gospodarz, jest miło, głośno i przyjemnie. Gdy kończą się nam materiały, które możemy upiec przenosimy się do wewnątrz i gramy w „Agentów”. Ja niestety już przysypiam, jak zresztą wszyscy pozostali, więc idziemy spać szczęśliwi i zadowoleni z siebie, pomimo że ranek wydawał się taki nijaki.

Zobacz nasze zdjęcia w GALERII G+

Kalendarz

Świadectwa