Świadectwa

Na pielgrzymce wszystko jest jakieś takie inne. Powietrze pachnie inaczej na polu namiotowym; można, a nawet trzeba!, przebijać pęcherze; wstawanie około 4 rano staje się czymś zupełnie normalnym, podobnie jak przechodzenie 30 kilometrów dziennie.

Rzeczywistość jest zakrzywiona. Mimo ciągłego marszu powodującego okropne zmęczenie, jest tam czas na modlitwę; godzinki, jutrznię, Koronkę, różaniec. Jest czas na Mszę Świętą. Na rozważanie fragmentu Pisma. Jest czas na Boga.

Mimo tego, że sam doznajesz tam masy niedogodności – jest tak gorąco, że asfalt lepi się do butów, pot spływa Ci strumieniami po ciele, pojawiają się oparzenia, ból głowy, pęcherze, otarcia; jest tam czas na drugą osobę. Bo na pielgrzymce jakoś tak łatwiej jest zaproponować bratu czy siostrze łyka wody, kanapkę czy gumę do żucia, nawet gdy o to nie prosi. Łatwiej jest zagadać do nieznajomego, uśmiechnąć się :)

Pielgrzymka to taki dobry czas, który uczy, że choćby nie wiem jak źle Ci jest, Bóg jest przy Tobie; w drugim człowieku, w powiewie wiatru dającym tyle ulgi.

Prawdą jest, że to właśnie na pielgrzymce sama „dotykam Boga” najmocniej. Mimo, że staram się prowadzić „bogate” religijne życie – wyjazdy, rekolekcje, spotkania, działalność w RMS. To na pielgrzymce czuję się najbliżej Niego. Bo wtedy najbardziej Go potrzebuję, żeby wstać, żeby pójść, żeby nie poddać się myśli o powrocie do domu. Wiem, że bez Niego, nigdy bym nie dotarła do najjaśniejszego celu, do Jasnej Góry, do Mamy.

W tych najgorszych momentach zdajesz sobie sprawę, że gdyby Bóg nie przychodził przez drugiego człowieka, już dawno czekałbyś na uboczu na "trupiarkę".

Bóg tam jest! Idzie z Tobą ramię w ramię. Jest w Wojtku, Michale, Agacie, Krzysiu, klerykach, księżach. W każdej osobie, która pomogła Ci na tej drodze. On po prostu tam jest!

Wróciłam do domu. I co? I wszystko takie normalne. Nie muszę nigdzie iść, mam ciepłą, bieżącą wodę, jedzenie o stałych porach, mogę spać ile chcę. I ciągle czegoś brakuje. Bo kiedy masz już wszystko, co daje Ci komfort, to jakoś trudniej zauważyć obecność Boga w tych małych rzeczach, trudniej docenić innych ludzi, trudniej znaleźć czas na modlitwę.

To, czego uczy mnie pielgrzymka, to to, że żeby znaleźć Boga trzeba naprawdę wstać z tej kanapy. To już oklepane, ale tak prawdziwe! Bóg wychodzi ponad Twój komfort życia! Zadaj sobie trochę trudu, nawet jeżeli miałoby to być podniesienie się sprzed telewizora, siedzenie na twardym krześle i czytanie fragmentu Pisma z dnia. Chociaż tyle, aż tyle! On przychodzi do Ciebie, ale to Ty musisz wyjść Mu na spotkanie.

A w przyszłym roku, bierz plecak i idź! Nieważne skąd, nieważne z którą grupą (chociaż z Salwatoriańską najlepiej!). Po prostu idź i doznawaj Go wszędzie. Poszłam, i jestem pewna, że będę chodzić dopóki On będzie mnie chciał na pielgrzymkowym szlaku. Mimo że na samej pielgrzymce codziennie pojawiało się w głowie: jeszcze przejdę w tym roku i więcej się na to nie piszę, to teraz wiem, że tak żywego Boga chcę doznawać co roku tak długo jak On sam pozwoli. A poza tym, gdzie będzie Ci lepiej, niż na Jasnej u Mamy?

Z Bogiem!

Kalendarz